Granicę postanowiliśmy przekroczyć w miejscowości Hrebenne, gdzie jak wiadomo można to robić jedynie samochodem. Zgodnie ze wskazówkami uzyskanymi od miejscowych złapaliśmy przed granicą stopa, którym okazał się jeden z wielu krążących w tą i z powrotem przemytników. Muszę przyznać, że zdając sobie sprawę z kim mam zamiar przekraczać granicę, trochę zacząłem się wówczas obawiać, jak jednak miało się okazać to było jedynie preludium.
Po przejechaniu Polskiej granicy nasz przewoźnik stwierdził, że nie będzie jednak jechał dalej, gdyż jest za długa kolejka... Postanowił nam jednak pomóc, przerzucając nas do samochodu jednego z kolegów-przemytników. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów kolega poza swoim mocno mongoidalno-azjatyckim wyglądem poruszał się samochodem który wzbudzać mógł wątpliwości pasażera. Zdeterminowani przesiedliśmy się jednak. Nasz nowy kierowca znajomość z nami rozpoczął od mrocznych opowieści na temat wycieczek po Ukrainie. Dowiedzieliśmy się m.in że paszporty powinniśmy trzymać w majtkach, a każda próba nawiązania kontaktu z Ukraińcami skończy się z pewnością oskalpowaniem nas, a następnie sprzedaniem naszych nerek. Sytuacja zaczęła się ponadto komplikować, gdyż dowiedzieliśmy się, że ów przemytnik nie ma zamiaru jechać do żadnej miejscowości, z której moglibyśmy dostać się do Lwowa, a jedynie dojechać chcę na stacje po "pakupki".
Pełni głębokiej nadziei na zmianę położenia dostrzegliśmy w kolejce przed granicą samochód ze starszym małżeństwem. Po dłuższej rozmowie okazało się, że wybierali się oni, tak jak i my, na wycieczkę do Lwowa. Umówiliśmy się zatem, że po przekroczeniu granicy przesiądziemy się do nich do samochodu i razem wyruszymy na wyprawę...
I tak mogły by się skończyć nasze perypetie graniczne. Los, a raczej rzeczywistość zrewidowała nasze plany. Szczęśliwi, że to już koniec naszej udręki zapakowaliśmy się do samochodu naszych nowych "znajomych" i wesoło wyruszyliśmy drogą w stronę Lwowa. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na pierwszym zakręcie na drogę wyskoczył nieumundurowany i bliżej nieokreślony osobnik posiadający broń i znany także u nas policyjny "lizak". Po zatrzymaniu, okazało się, że ów Pan był przedstawicielem władzy ukraińskiej.. Dowiedzieliśmy się też, że otrzymujemy mandat. Po próbach nawiązania jakiejś konstruktywnej rozmowy Pan policjant nie poddawał się i ciągle powtarzał jedynie: "Mandat", "Mandat" itd... Mandatu oczywiście nie otrzymaliśmy, jedynie pozbyliśmy się około 170 zł za aby odzyskać dowód i kluczyki od samochodu..
Muszę przyznać, że w ciągu dalszej drogi do Lwowa w samochodzie padły chyba wszystkie możliwe obelgi na temat ukraińskiej drogówki. Te negatywne wrażenia zatarte zostały jednak szybko przez uroki otaczającej nas prawie, że dzikiej przyrody. To niewyobrażalne w Polsce, jednakże na Ukrainie ma się wrażenie, że pomiędzy poszczególnymi miastami rozpościerają się dosłownie dzikie pola. Oczywiście wiąże się to z bardzo słabym zagospodarowaniem terenu, jednakże muszę przyznać, że wygląda to całkiem przyjemnie.
Chciałbym jeszcze podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat Lwowa. Otóż pomijając już fakt, że jest to przepiękne miasto o cudownym klimacie. To pomimo, że zdaję sobie sprawę z tego, że większość Ukraińców nigdy się ze mną nie zgodzi, muszę napisać że to miasto ma typowo polskich charakter. Przechadzając się uliczkami poczuć się można jak w Krakowie, zresztą z historycznego punktu widzenia te miasta mają bardzo dużo wspólnego. Zaznaczę w tym miejscu, że w trakcie mojej pierwsze wizyty we Lwowie, ale także i podczas późniejszych, nie spotkałem się z najmniejszą nieuprzejmością ze strony miejscowych.
Jakie były moje wnioski po pierwszej wizycie? Piękny kraj, uprzejmi ludzie, tragiczna i skorumpowana władza :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz